Strona główna

O mnie

Moje wyprawy

Równie pasjonujace

Linki

Księga gosci


rok 2006

I dzien

30 czerwca 2006 (piatek)

Krakow wita nas w deszczu. Nie ma jak to problemy. Niby mamy napisane jak dojechac, ale w okolicach dworca wszystko nie jest na swoim miejscu - remonty. Coz... pozostaje pytac sie ludzi. Mamy dojechac tramwajem do busow, jednak wszyscy mowia, ze to blisko i ze szybko sobie dojdziemy. Faktycznie dosyc blisko... plecaki sa ciezkie, ale dajemy rade. Po niecalej godzinie jestesmy przy OSP w Będkowicach. Teraz zoltym szlakiem ok pol godz. podazamy do Brandysówki, położonej u stop Sokolicy, największej sciany (90 m) na calej Jurze Krakowsko-Czestochowskiej. Jest juz jedna kusantka. Pisalo, ze bedzie do dyspozycji kuchnia turystyczna. Jednak mozna skorzystac tylko i wylacznie z czajnika... Z kuchenki gazowej juz mi nie pozwolili...


II dzien

1.07.2006 (sobota)

Przyjezdzaja kolejni kursanci. Niektorym nawet nie podobaja sie warunki i chca zrezygnowac Ale przechodzi im. Rozpoczyna sie wyklad. Na poczatku przedstawiaja sie instruktorzy, pozniej rozdaja koszulki i dopasowuja buty. Niestety Maciej i ja nie zaznaczylismy, ze chcemy i w takim efekcie dostaje buty za male o jakies 2 rozmiary... albo i wiecej. Normalnie do wspinania powinny byc o rozmar lub 1,5. Trudno sie mowi... Teraz czas na wspacenie pieniedzy, zaswiedczenia lekarskie itp. sprawy. My nie mamy zaswiadczen i sami piszemy, ze bierzemy odpowiedzialnosc za siebie. Na dwie osoby dostajemy caly szpej (tak sie mowi na sprzet wspinaczkowy), ktorego musimy pilnowac, bo jak cos zgubimy, to wiadomo... trzeba odkupic. Sporo tego jest i ta swiadomosc... ze w tej chwili jest to nasze... Wyklady... czyli wyklad o sprzecie i o co w nim chodzi. Notujemy, notujemy (podobno na koncu maja sprawdzac czy mamy wszystkie notatki), ale nie o to w tym chodzi, a o to by zapamietac. Sporo tego wszystkiego, nawet ciekawe I.... wiazanie wezlow... Pokazuja ich nam 9. Dwa sprawiaja mi taka trudnosc, ze nie moge ich zrobic... Okazuje sie pozniej, ze to sprawa geometrii (ktorej nie lubie). W zwiazku z tym, ze caly czas pada nie idziemy w skalki, a jedziemy na sztuczna scianke do Krakowa. Tam uczymy sie wchodzic na wedke i asekurowac. Poznajemy podstawowe chwyty. Wszystko trwa ok. 3 godzin, a wydaje sie jakby minela godzina. Wieczorem przyjezdza Zyfri (znajomy z forum). Od razu zabiera nas na ''Dupe Słonia''Niestety dlugo sobie nie rozmawiamy, bo jest pozno, a Zyfri ma rano powazny wyjazd. Tyle na dzis. Przed spaniem Maciej uczy mnie wiazac wezlow. Okazuje sie, ze nie jest to wcale takie trudne jak sie wydawalo


III dzien

2.07.2006 (niedziela)

Dzis od razu w skalki. Docieramy na ''Psia Klatke''. Uczymy sie prowadzenia drogi, czyli zasad przypinania ekspresow, wpinania w nie liny, budawanie stanowiska zjadowego, zjazdu na linie. Trudno wszystko zapamietac. Tyle szczegolow i swiadomosc, ze jak sie czegos nie zrobi, to mozna spasc... Wiadomo, nie na kursie, bo wszystko sprawdzaja instruktorzy. Mi to wszystko trudno przychodzi, Maciej szybko zapamietuje. Musimy sie pochwalic, ze jako jedyni z 8 osob przeszlismy (wraz z zalozeniem) taka jedna fajna droge. Przyjezdzamy ze skalek, cos jemy i mamy wyklady na temat teorii asekuracji. Sama fizyka...Obliczanie wspolczynnika odpadniecia i takie rozne... Nie rozumiem tych calych niutonow


IV dzien

3.07.2006 (poniedzialek)

Zajezdzamy pod skale ''Kula'' i uczymy sie wspinania w zespole. Jest to budowa stanowiska posredniego (najpierw jedna osoba asekuruje od dolu, a jedna wchodzi, a pozniej jest asekuracja od gory) i zjazdy. Dla mnie to chyba najlatwiejsze z calego kursu. Majac na stanowisku autoasekuracje sciagam buty, co by odciazyc palce. Takie jedno wejscie zajmuje nam sporo czasu. Mam wielki kryzys... Wszystko zapomnialam. Chce jechac do domu. Zostaje nam czas i idziemy wychwytywac loty. Czyli spadajacego Henia-opone . Ma to nam ukazac jaki ciezar jest do utrzymania, gdy ktos odpadnie od skaly. Szarpniecie jest mocne, ale krotkie. Trzaba uwazac, aby nie wbic sobie reki w przyrzad do asekuracji Na szczescie kazdemu z kusantow udaje sie utrzymac Henia. Jedna dziewczyna tylko lekko wbija sobie reke w przyrzad. Wieczorem wszyscy (kursanci) robimy sobie ognisko Do poznego wieczora cwiczymy poznane elementy. Lozka sluza pomoca. Maciej na szczescie jest cierpliwy. Zobaczymy jutro jakie sa tego efekty.


V dzien

4.07.2006 (wtorek)

Ostatni dzien kursu... Niby mamy miec jakis egzamin sprawdzajacy. Dojezdzamy do skalki ''Lotniki'' (nazwa od tego, ze sporo osob lata... ups). Pierwsza droga.. ja zdecydowalam sie isc. Instruktorzy niby nie patrza caly czas. Tylko zerkaja. Idzie latwo. Szybkie wejscie, stanowisko zjazdowe, szybki zjad. Proste. Teraz Maciej... proste... Trening czyni mistrza. Jeszcze kilka elementow i bedzie ok. O jednej sprawie zapominamy, ale... podobno nie jest to zagrozenie zycia, tylko niewygoda. Ja nie pamietam czasem o zakreceniu karabinka... Musze sie pilnowac. Zostalo troche czasu i idziemy kawalek na ''Malpie Ryski''. Prosta droga... Maciej idzie obok rysy. A ja... sie w niej mieszcze ;) To juz jest koniec... ale skalki pozostaja. Dostajemy karte, ze uczestniczylismy w kursie wspinaczki na drogach ubezpieczonych i jedziemy do domu.



Sklamalabym piszac, ze sie nie podobalo... Moze probowalam wmowic sobie, ze to nie dla mnie, ze nie potrafie... Wiem tyle, ze bylo ciezko, ze trzeba cwiczyc. Przeszkoda dla mnie byly za male buty... przez to wiele miejsc stalo sie dla mnie trudnych. Kiedy wyjazd w skalki? :))


GALERIA